Środowisko

Mięso prosto z laboratoryjnego stołu

Autor: Agata Kukwa

W październiku 2010 media znów obiegła informacja o nowej szansie na wyżywienie ludzkości – mięsie hodowanym w laboratorium. Niektóre poczytne i popularne portale napisały o tym odkryciu bardzo entuzjastycznie. Już rok temu pisano o „kawale świeżego, krwistego mięsa” prosto z laboratorium. Jak to jest naprawdę? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Przepis na mięso hodowane w laboratorium wygląda w skrócie tak:
1. Wykonujemy biopsję żywej, zdrowej świni (ale niekoniecznie, możemy też wziąć kurczaka czy nawet złotą rybkę, ale o tym później).
2. Kładziemy pobraną tkankę na laboratoryjnym stole i wyodrębniamy komórki macierzyste.
3. Dodajemy serum, dzięki któremu nasze komórki będą się mnożyć, a cała tkanka będzie rosła zdrowo i szybko.
4. Montujemy komórki na rusztowaniu, które pomoże im w uformowaniu włókien mięśniowych.
5. Aby mięsko dobrze smakowało mięśnie należy ćwiczyć. Podłączamy więc wyhodowane już włókna do prądu lub imitujemy chemicznie impulsy zmuszające mięsień do pracy.
6. Zbieramy wszystkie wyhodowane w ten sposób kawałki razem, wrzucamy do rozdrabniarki i mielimy.
7. Dodajemy aromaty, żelazo i witaminy, mieszamy.
8. Formujemy smakowite kiełbaski.
9. Kiełbaski gotujemy i zajadamy się tym niebywałym przysmakiem stworzonym w stu procentach w laboratorium.

Naukowcy wierzą, że dzięki temu zmniejszy się ilość zabijanych zwierząt, co z pewnością zadowoli środowiska wegetariańskie i organizacje zajmujące się prawami zwierząt. Hodowla, a właściwie produkcja tego typu miałaby mieć również znaczenie ekologiczne, ponieważ zużywałaby by dużo mniej wody i energii niż tradycyjna, a i pastwiska nie byłyby już potrzebne. Wygląda to rzeczywiście imponująco pod warunkiem, że nie wspomnimy o kilku problemach.

Nikt z osób pracujących nad mięsem z laboratorium do tej pory nie próbował swojego wynalazku. W 2002 roku profesor Morris Benjaminson wyhodował filety ze złotej rybki, które następnie usmażono w panierce z bułki tartej. Oczywiście nikt ich nie spróbował, jednak zespół do spraw „ zapachu i wyglądu” stwierdził, że filet wygląda na jadalny. Naukowcy unikają spożywania własnych laboratoryjnych przysmaków, nie chcąc narazić się Amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków. Regulacje prawne nie precyzują jednoznacznie czy jedzenie mięsa zrobionego w laboratorium jest zakazane czy nie.

Wydaje się, że rozwijanie technologii produkcji żywności nowej generacji powinno brać pod uwagę jej smak jako jedno z głównych kryteriów. Rzeczywiście, badacze zastanawiają się co zrobić żeby mięso smakowało tak jak tradycyjne. Jednym ze sposobów jest wzbogacanie produktu w aromaty. Ludzkość już przecież wie co zrobić, żeby na przykład „bitki były bardziej bitkowe”. Problem stanowią również substancje odżywcze i minerały. Żelazo, którego jednym z głównych dla nas źródeł są produkty zwierzęce, dostarczane jest do mięśni w postaci hemoglobiny. W żyłach laboratoryjnego mięsa nie krąży krew, zatem brak w nim żelaza. Podobny problem będzie z witaminami.

Profesor Mark Post z Uniwersytetu w Maastricht w Holandii marzy o wyprodukowaniu prawdziwej kiełbaski z wieprzowiny stworzonej w laboratorium. Zamieszczony na początku przepis, to właśnie jego wizja. Jedyną rzeczą, która powstrzymuje go przed spełnieniem tego marzenia, są oczywiście pieniądze. Holenderski rząd przyznał już konsorcjum naukowców pracujących nad tematem aż 2 miliony euro w latach 2005 – 2009. Niestety to ciągle za mało. Prof. Post szacuje, że do wyprodukowania pierwszej kiełbaski będzie potrzebował jeszcze około 180 tysięcy euro.

Pomijając problemy prawne ze spróbowaniem takiej kiełbaski, naukowcy będą musieli stawić czoła jeszcze kilku innym. Przede wszystkim należy opracować sposób ćwiczenia mięśni, który nie będzie zużywał tyle energii, co stosowane obecnie impulsy elektryczne. Świetnym rozwiązaniem byłoby imitowanie sygnałów chemicznych, ale tego jeszcze nie umiemy.

Dodatkowo komórki macierzyste mogą się dzielić tylko do czasu, gdy zabezpieczające chromosom telomery nie zużyją się. Można sprawić by się odradzały poprzez wszczepienie odpowiednich genów. Jednak Profesor Post słusznie zwraca uwagę, że już samo mięso wyhodowane w laboratorium może być trudne do przełknięcia dla wielu konsumentów, a w dodatku modyfikowanie go genetycznie, raczej ich nie przekona.

Międzynarodowa organizacja Ludzie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt ogłosiła dwa lata temu, że przyzna nagrodę 1 miliona dolarów dla firmy, która jako pierwsza wprowadzi do sklepów syntetyczne mięso z kurczaka w przynajmniej 6 stanach w USA. Musi się to stać przed rokiem 2016.

Niewiele jednak wskazuje aby było to możliwe. Kawałki syntetycznego mięsa to w tej chwili plasterki, których grubość mierzy się w mikrometrach. W tej chwili szacuje się, że wyprodukowanie pierwszej partii mięsa kosztowałoby około 3500 euro za tonę, podczas gdy koszt jednej tony tradycyjnego kurczaka kosztuje około 1800 euro.

Profesor Post ocenia, że komercjalizacja procesu produkcji syntetycznego mięsa może kosztować około 100 milionów euro.

Doktor Vladimir Mironov ma jednak pomysł jak zacząć sprzedaż takich drogich przysmaków. Według niego namówienie gwiazd formatu Paris Hilton mogłoby przekonać społeczeństwo do nowego produktu. Co więcej w ten sposób można by produkować, promować i sprzedawać mięso na przykład ze zwierząt zagrożonych wymarciem. W końcu kto nie chciałby spróbować kotleta z białego delfina, tygrysa czy nosorożca indyjskiego.

Profesor Post ocenia, że komercjalizacja procesu produkcji syntetycznego mięsa może kosztować około 100 milionów euro. Jeśli się uda, powstanie nowa kultura jedzenia, a idea wegetarianizmu zupełnie zmieni swój wymiar. Być może, zostanie nawet wyparta przez tak zwany in-vitrotarianizm. Mięso wyhodowane in-vitro, poza organizmem żywego zwierzęcia nie powinno budzić przecież sprzeciwów obrońców praw zwierząt. Oby do tego czasu ktoś zdobył się na odwagę by spróbować swoich własnych laboratoryjnych potraw, bo dobry kucharz nie poda klientowi dania, którego smaku nie sprawdził.

ResearchBlogging.org

Więcej informacji:
Jones, N. (2010). Food: A taste of things to come? Nature, 468 (7325), 752-753 DOI: 10.1038/468752a
Print Friendly

O autorze

Agata Kukwa

Absolwentka Wydziału Chemicznego Politechniki Gdańskiej. Magister technologii ochrony środowiska, inżynier ochrony i zarządzania środowiskiem. Obecnie doktorantka w Katedrze Informatyki Ekonomicznej na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego. Interesuje się nowymi technologiami oraz stymulowaniem działalności innowacyjnej w Polsce.