Biologia

Nature staje po stonie blogerów

Mono Lake i główny bohater - "arsenowe bakterie".

Powraca ciągle jeszcze temat niefortunnej publikacji na temat „arsenowych bakterii”. Linków do dyskusji o dyskusji już trochę znajdziecie w komentarzach pod oryginalnym postem. Tym, co – poza aspektem czysto naukowym – dodatkowo rozgrzało atmosferę wokół tego artykułu, było stanowisko zarówno NASA, jak i przede wszystkim samych autorów. Pierwsza krytyka ich pracy pojawiła się w ciągu zaledwie dwóch dni od publikacji – był to wpis profesor mikrobiologii z UBC w Kanadzie, Rosemary Redfield, w którym wyliczyła bezlitośnie wszystkie słabe punkty pracy.

Mono Lake i główny bohater - "arsenowe bakterie".

I po tym rozpętało się piekło. Ponownie odsyłam do podsumowania Eda Yonga wszystkich tych, którzy chcą zobaczyć, jak ta sytuacja się rozwijała. Istotnym elementem tutaj jest jednak to, że autorzy odmówili odpowiedzi na krytykę Redfield (a potem i innych osób) tłumacząc, że ich publikacja ukazała się w piśmie recenzowanym i tylko na krytykę opublikowaną w ten sam sposób mogą odpowiadać. Innymi słowy, że nie będą się wdawać w potyczki medialne.

To wywołało jeszcze większą burzę. Z dwóch powodów: po pierwsze, jak zaczęło podkreślać wielu zarówno blogerów i dziennikarzy naukowych, jak i badaczy, prawdziwe peer-review (recenzowanie) każdej pracy naukowej zaczyna się dopiero po publikacji. Co właśnie tutaj miało miejsce. Dobietnie ujął to dziennikarz naukowy David Dobbs, który powiedział:

Rosie Redfield is a peer, and her blog is peer review.

I jest to recenzja tym dosadniejsza, że nie jest to jakiś tam recenzent wybrany przed redaktora, którego uwagi w dodatku mogą być przez redakcję ostatecznie zignorowane.

Drugim zaś powodem oburzenia była bijąca z całej sytuacji hipokryzja – wyniki badań ogłoszono z wielką pompą na trwającej godzinę konferencji prasowej, na której Wolfe-Simon (pierwsza autorka) była tak podekscytowana, że wydawało się, że zaraz wyskoczy z krzesła. Wszystko w świetle jupiterów, glorii i chwale. Nikt się na media wtedy nie obrażał. Kiedy jednak w podobny sposób zaczęły się rozprzestrzeniać krytyczne komentarze, wówczas okazało się, że media są be. I że krytyka jest krytyką, tylko jeśli także ukaże się w Science (lub innym recenzowanym piśmie).

Najwyraźniej po prostu autorzy nie spodziewali się tak intensywnego odzewu – prawda jest taka, że niewiele badań znajduje tak silny powszechny odzew w środowisku naukowym. Dyskusje zazwyczaj toczą się po cichu, na zapleczu nauki, pomiędzy kilkoma fachowcami. A tutaj taki ogólnoświatowy i ogólnomedialny rwetes. Jednak sami są sobie winni – być może nie doszłoby do tego, gdyby po pierwsze sami na media się nie rzucili, a po drugie nie traktowali badaczy wyrażających swoje opinie na blogach, jako badaczy drugiej kategorii.

I tu właśnie wkracza na scenę Nature. W jednym ze wstępniaków do najnowszego numeru redaktorzy pisma przyznali rację blogerom:

Bloggers and online commentators have an important part to play in the assessment of research findings, and many researchers’ blogs, in particular, contain better analyses of the true significance of a scientific finding or debate than is seen in much of the mainstream media. Science journalists who repeated NASA’s claims on the arsenic bacterium and did not tap into the widespread criticisms, did little to defend themselves from claims of reporting by press release. ?

I chociaż wielu blogerów, ze skromnym i mocno tym zażenowanym przypadkiem autora nic prostszego, czyli mnie, dało się początkowo ponieść emocjom i zwróciło więcej uwagi na hasło o nowym życiu, niż na detale badania, to jednak nie można społeczności blogerów naukowych odmawiać sprawiedliwości – każdy z nas specjalizuje się w czymś innymi, więc jeśli w mediach pojawia się coś, co ma znamiona bubla, jest duża szansa, że zawsze znajdzie się co najmniej jedna, dwie osoby, które dotrą do kwintesencji tej bublowatości, wynikającej nie z medialnej otoczki, ale z kiepskich danych…

Więcej informacji:
Editorial (2010). Response required Nature, 468 (7326), 867-867 DOI: 10.1038/468867a
Artykuł pochodzi z nicprostszego.wordpress.com
Print Friendly

O autorze

Rafał Marszałek

Ja to ja. Rafał, student chemii na Imperial College London.
Biolog amator. Chemik eksperymentator. Poza tym – domator.
Kocham góry. I nie wstydzę się do tego przyznać.
Tyle. Reszta wyjdzie w praniu.

  • Autorzy z NASA bardzo nieelegancko się zachowali moim zdaniem. Troszkę jakby potraktowali protekcjonalnie badaczy, czytelników, media i przede wszystkim Internet. Tak jakby nie wiedzieli, że na recencje w Science czeka się dużo dłużej niż na publikację swojej opini na swoim blogu. Gdyby prof Redfield i inni krytycy tej pracy zdecydowali sie napisać list do Science, zamiast skomentkowac sprawe od razu, prawdopodobnie nikt by sie o sprawie nie dowiedział. Na recenzję, nawet listu, trzeba czekać, a po (w najlepszym wypadku) 2 tygodniach media już miałyby gdzieś arsenowe bakterie i niezadowolonych naukowców…

  • Kolejny raz komuś nie udaje się dostrzec potencjału drzemiącego w internecie jako forum wymiany idei przez jakieś osobiste zacietrzewienie. Autor bloga naukowego Neurosceptic stwierdził kiedyś, że blogowanie profesjonalistów o nauce jest ucieleśnieniem i najskuteczniejszą realizacją idei peer review. Trudno się z nim nie zgodzić.

    • Jeżeli na świecie panują takie same stereotypy dotyczące „przeciętnego internauty” jak u nas, to trudno się dziwić. Kto by potraktował poważnie pijącego browara i oglądającego w sieci porno nastolatka ;)