Inżynier automatyki i robotyki. Utrzymuje się z projektowania systemów bazodanowych. Dorywczo koordynator badań klinicznych. Członek Association for Computing Machinery. Założyciel i opiekun zespołu obliczeń rozproszonych BOINC@Poland. Na koncie jeden maraton i aspiracje do kolejnych.
Nie, to nie będzie kolejny artykuł o aferze WikiLeaks. Dzisiaj zajmiemy się trzęsieniami ziemi, jednymi z najbardziej niszczycielskich i nieprzywidywalnych kataklizmów, a dokładniej powiemy sobie jak każdy z nas może przyczynić się do lepszego ich zrozumienia.
Co roku na naszej planecie ziemia trzęsie się ponad 500 tys razy. Większość z tych wstrząsów jest bardzo słaba. Odczuwalne jest „zaledwie” 100 tysięcy spośród nich. Średnio raz w roku przydarza się trzęsienie ziemi o sile co najmniej 8 stopni w skali Richtera. Jednakże mimo takiej powszechności tego zjawiska nadal nie potrafimy skutecznie przewidywać gdzie i kiedy zdarzą się trzęsienia o katastrofalnej sile.
Wizualizacja Dragona powracającego z orbity. Grafika jest własnością SpaceX. Opublikowano za zgodą.
Jutro, 7 grudnia 2010r, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będziemy mogli być świadkami rozpoczęcia zupełnie nowej ery w astronautyce. Na godzinę 15:00 czasu środkowoeuropejskiego zaplanowany jest start pierwszego komercyjnego statku kosmicznego zdolnego do osiągnięcia niskiej orbity okołoziemskiej, a następnie do powrotu na powierzchnię Ziemi.
Dragon – bo tak został ochrzczony – fanom astronautyki na pierwszy rzut oka może skojarzyć się z kapsułami używanymi w programie Apollo. Nie bezpodstawnie. Stożkowaty kształt kapsuły nadal jest najlepszym jaki znamy, aby zapewnić bezpieczny powrót z orbity. Podobieństwa jednak szybko się kończą. Apollo i Dragona dzieli ponad 40 lat. W tym czasie wiele się zmieniło nie tylko w zakresie dostępnych technologii, ale także w naszym podejściu do podróży kosmicznych.
Ma trzy metry wysokości, troje ramion, waży ponad tonę, prowadzi obserwacje na podstawie których formułuje hipotezy, a następnie testuje je w samodzielnie zaprojektowanych eksperymentach. Adam – tak ma na imię pierwszy całkowicie samodzielny robo-naukowiec i wygląda bynajmniej nie tak jak na zdjęciu obok.
Są obszary działalności naukowej, które łatwiej niż inne poddają się automatyzacji. Nie dziwią nas już pół-autonomiczne łaziki na Marsie. Nie zaskakują roboty wykonujące żmudne, powtarzalne czynności w laboratoriach. Komputerowa obróbka danych statystycznych jest dla nas wręcz oczywistością.
Trzymetrowa dziura w poszyciu jumbo jeta to zazwyczaj materiał na film katastroficzny (brakuje tylko węży). Tymczasem w należącym do NASA B747 nazwanym Clipper Lindbergh pojawienie się takiego otworu w trakcie lotu nie jest czymś niespodziewanym, ani niebezpiecznym.
Samolot ten został specjalnie przekonstruowany, aby móc przenosić 2,5-metrowej średnicy teleskop programu SOFIA (Stratospheric Observatory for Infrared Astronomy – Stratosferyczne Obserwatorium Astronomii w Podczerwieni).
Po co w ogóle montować teleskop w samolocie? Mogłoby się wydawać, że więcej z tym zachodu niż pożytku. Otóż szczególnie w przypadku obserwacji prowadzonych w zakresie promieniowania podczerwonego, ziemska atmosfera (a konkretnie atomy wodoru wchodzące w skład cząsteczek pary wodnej) pochłaniają znaczącą ilość interesujących nas fal. Z tego powodu im wyżej umieścimy teleskop, tym więcej podczerwonego „światła” może on zarejestrować. Oczywiście najlepiej byłoby teleskop wynieść na orbitę okołoziemską (jak obserwatorium Hubble’a), czy wręcz okołosłoneczną (jak planowane obserwatorium Webb-a), jednakże koszty takich obserwatoriów są kolosalne w porównaniu z kosztami umieszczenia teleskopu w samolocie, nawet jeśli wiąże się to z poważnymi przeróbkami. Wyzwania inżynieryjne, jakim musieli stawić czoło projektanci tego wyjątkowego obserwatorium, były niezwykłe. Aby wyeliminować wpływ turbulencji i drgań pojazdu na układ optyczny teleskopu, został on zamontowany w olbrzymim łożysku olejowym. Trzy żyroskopy zabezpieczają układ przed wpływem nagłych wstrząsów i podmuchów wiatru oddziaływających bezpośrednio na konstrukcję teleskopu.
Znacie to wszyscy - charakterystyczny box z dwoma zniekształconymi słowami. Pod spodem pole na ich przepisanie, aby „udowodnić, że jesteś człowiekiem”. To krótki opis tego, co widzimy gdy korzystamy z reCAPTCHA, zautomatyzowanego testu Turinga, który oprócz odławiania spambotów, wykonuje całkiem pożyteczną pracę.
Zacznijmy od tego, czym jest CAPTCHA. Skrót rozwija się w Completely Automated Public Turing test to tell Computers and Humans Apart – czyli w pełni zautomatyzowany test Turinga pozwalający odróżnić komputery od ludzi. Występuje pod wieloma postaciami, od prostych pytań o wynik działania matematycznego, po absurdalne zadania polegające na policzeniu zwierzątek danego gatunku ukrytych w pofałdowanym tle splątanych linii. Wszystkie mają jedno zadanie – powstrzymać zautomatyzowane programy służące do masowego zamieszczania treści niechcianych przez właścicieli stron internetowych, a więc przede wszystkim spamu.
Sondy kosmiczne są dość kosztownymi urządzeniami, więc każda oszczędność w tej dziedzinie jest mile widziana. Pod względem wydatków poniesionych na konstrukcję sond, trudno będzie jednak przebić misję ARTEMIS, której oba próbniki zostały zaprojektowane do zupełnie innego zadania.
Sondy ARTEMIS-P1 i ARTEMIS-P2 zostały wyniesione na orbitę w 2007 roku, w ramach misji THEMIS (Time History of Events and Macroscale Interactions during Substorms). Łącznie pięć sond przez blisko dwa lata zbierało informacje o zaburzeniach ziemskiej magnetosfery, przyczyniając się do opisania nieznanych dotąd zjawisk. Orbity sond P1 i P2 z biegiem czasu zmieniły się tak, że obie sondy spędzały zbyt wiele czasu w cieniu Ziemi, przez co nie mogły w dostatecznym stopniu naładować swoich akumulatorów. Gdyby ta sytuacja trwała jeszcze jakiś czas, sondy ostatecznie by zamilkły i przestały być użyteczne dla dalszego ciągu misji.